wtorek, 25 lipca 2017

Jarmark! Czyli zbieranie nowych doświadczeń

Witajcie!

Ten wpis miał być wczoraj, ale przyznaję się, że musiałam odespać weekend... Praca od samego rana do wieczora na jarmarku przy świrującej pogodzie wykończyła mnie bardziej niż się spodziewałam.

Cała zabawa zaczęła się w piątek. O 7 rano. Dostałyśmy (bo miałam wspólne stoisko ze znajomą) miejscówkę w fajnym miejscu (na moście na deptaku) z bardzo sympatycznymi ludźmi po prawej i lewej. Stoisko jednak rozstawione miałyśmy dopiero po 9, bo musiałyśmy poczekać na namiot. W ulewie... Tak jarmark wygląda w dzień rozpoczęcia z samego rana:




W końcu udało się nam rozstawić, i schować przed ulewą już w naszym namiocie (na szczęście sąsiedzi nasi dali nam wcześniej schować się u nich). Więc w końcu nasze stoisko wyglądało tak:


I zbliżenie na moją część: 



Tak, wiem, na tym zdjęciu macie zapowiedź kilka najbliższych wpisów...
Ale co jeszcze? Wpadła znajoma, która wie, że tworzę, sama tworzy i przyszłą powymieniać się technikami.

Sobota była dla nas bardziej łaskawa. Choć dla odmiany zaatakowała upałem. Ale to był dzień już w pełni rozkręconego jarmarku. Zaczął się wizyta fascynującej pani. Starszej, ubranej nieco nietypowo, z włosami pofarbowanymi na czarno, nieco rozwianymi. Podeszła ze słowami "Ja chciałam życzyć pani udanego dnia i dobrego handlu!" i poszła. Po paru metrach cofnęła się ze słowami "bo ja wróżką jestem i pomyślałam, że szczęście przyniosę". Cóż mi zostało... Podziękowałam.
W miarę regularnie przechodziło to, co na jarmarku kocham chyba najbardziej (mam jakąś obsesję na punkcie bębnów), czyli miejscowy zespół Tremolo:

video


Z ludzi fascynujących, była starsza pani, która poprosiła o szybki kurs haftowania koralikami. Zachwycona wyjaśniłam wszystko co mogłam i pokazałam, jak robię wisior (nie ma go zna zdjęciach, dłubałam go cały weekend i do jego premiery jeszcze trochę czasu). 

W niedzielę już ruch był mniejszy i pogoda mniej agresywna. Choć już byłam dwoma poprzednimi dniami wykończona. I powiedzmy sobie szczerze, przeziębiona po piątku. Ale i tak było trochę ludzi, dla których warto było siedzieć. Panie, które przyszły pogadać, bo widzą bardzo drobiazgowe rękodzieło. Mili ludzie, którzy dzień wcześniej kupili moją biżuterię i pani przyszła pochwalić, że świetnie się nosi, bo miała na sobie...

Ogólnie jarmark ogłaszam udanym i jeśli się da, będę stać za rok. Mam nawet pomysł, jak to nieco rozszerzyć. Ale zobaczymy. W każdym razie mam dużo nowych doświadczeń i sporo zapały do dalszej pracy dzięki bezpośredniemu kontaktowi z odbiorcą. :-D

Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam!
Pozdrawiam, 
Wehlen

P.S. Pisałam o przemyśleniach odnośnie bloga. Tak, na pewno posty będą regularnie dwa razy w tygodniu. W tym albo raz w miesiącu, albo co dwa tygodnie (chyba to drugie jest bardziej prawdopodobne) takie prace jak niedawny smok, czyli związane z innymi moimi pasjami. Pasuje? ;-)

wtorek, 18 lipca 2017

Anielsko nieco

Witajcie!

Sprawy mi się nieco pokomplikowały, mam znowu przemyślenia odnośnie bloga (spokojnie, jego formy a nie rezygnacji z). Zobaczymy co mi z tego wyjdzie. Ale najpierw. W ciągłym ostatnio zamieszaniu mignęły mi nowe osoby zaglądające na bloga i chciałam je bardzo serdecznie powitać w mych skromnych progach. Rozgośćcie się i bawcie się dobrze.

Wzięło mnie ostatni na dziwne projekty, na szukanie inspiracji, ale pewnych nawyków nie zmieniam. Co jakiś czas musi się pojawić anioł, żeby rozluźnić atmosferę. ;-) Dziś więc sutaszowy wisior. Z aniołem wisior. Kolejny eksperyment z formą. Uważam go nawet za udany. i zdradzę Wam sekret: zaczynam się bawić kolorami sutaszu. Bójcie się. ;-)

Ale do rzeczy. Projekt w segregatorze opatrzony był nazwą Łzy Niebios. Ale po skończeniu wisiora stwierdzam, że nazwa jest nieadekwatna, bo jest bardzo... Kojący. Więc mam bezimienny wisior z Aniołem. 



A teraz uciekam wznowić nierówną walkę ze zbyt krótką dobą.

Pozdrawiam,
Wehlen.

P.S. Obiecuję bardziej regularne wpisy od przyszłego tygodnia. A nawet możliwą relację z Jarmarku św. Jakuba w Lęborku, bo będę. W sensie wystawcy będę. :-D

poniedziałek, 10 lipca 2017

O... Makrama... Oj

Witajcie!

Jakiś czas temu, pokazując Wam Stefanię, mówiłam, że zaczynam mieć głupie pomysły związane z modeliną. W końcu, robiąc pieczęć dla zezwolenia na praktykowanie magii dla mojej postaci RPGowej, stwierdziłam, że to jest TEN czas, bo przecież nie będę grzać piekarnika dla jednej tylko drobnej rzeczy. Więc przesiedziałam jeszcze trochę czasu przy stole rzeźbiąc w ryżu (albo lepiąc drobiazgi z modeliny.
Wypalone elementy wylądowały w jednej z szufladek. I czekały na swój czas. W końcu ten czas nadszedł. Wyciągnęłam dwa drobiazgi, sznurki do makramy i zaczęłam plątać. W tym miejscu muszę powiedzieć Wam jedno. Jeśli macie problemy z dłońmi i mikro motoryka Wam siada, to plączcie. Robiąc w sutaszu, koralikach, pisząc, rysując, cały czas myślałam, że moje dłonie wciąż są sprawne i nie pojawiły się zesztywnienia palców i ograniczenia ruchu. Niestety, są. To widać po kolczykach, które Wam pokażę, bo supełki nie są idealne. Sznurki uciekały mi z rąk, palce wykręcały je czasem dziwnie... Muszę więcej plątać, w nadziei przywrócenia sprawności. Możecie się więc spodziewać... Więcej makramy.

No dobra a teraz kolczyki:



 Co sądzicie o idei takiego połączenia?


Pozdrawiam,
Wehlen.


P.S. Zdałam teorię na prawko! Czekam na ustalenie terminu praktyki. :-D

poniedziałek, 3 lipca 2017

Wilczy wisior

Witajcie!

Obiecałam wczoraj wisior. Tym razem bez szaleństw. Koraliki, sutasz i mój ostatni wilczy kaboszon. W sensie: ostatni z trzech identycznych. Coś czuję, że będzie więcej, ale raczej z moimi rysunkami, czy coś. Choć to plan na odległą raczej przyszłość.
Wracając. Projekt tego wisiora powstał dawno i do innego kaboszonu. Ale tamtego już nie mam, bo dostał inną oprawę, więc uznałam wilka za dobry pomysł.
Dobra, nie przedłużam już.



A teraz uciekam ogarnąć stertę oczekujących projektów (albo scenariusz sesji, albo pokuć do egzaminu...).
Pozdrawiam,
Wehlen

niedziela, 2 lipca 2017

Relacja pofestynowa. Bo czemu by nie

Witajcie!

Dziś będzie z innej beczki i bez nowości. Za to obiecuję pokazać jutro sutaszowy wisior. :-)

Parę (paręnaście?) dni temu złapała mnie właścicielka siłowni, na której trenuję i spytała, czy mam ochotę wystawić się z rękodziełem na organizowanym przez nich festynie rodzinnym połączonym z maratonem fitnessu na trampolinach. Po sprawdzeniu, że niedzielę mam wolną, radośnie przystałam na propozycję. I tak oto nastał dzień dzisiejszy...

Jestem osobą, która nie cierpi się spóźniać, więc na miejscu wylądowałam tak wcześnie, że obecny był tylko wielki szef. ;-)



Potem przybyła jego świta i mnie otoczyła.



Nawet znalazł się jeden śmiałek, który postanowił zbliżyć się do wilkołaka.



Po chwili został tylko jeden cichy strażnik, który miał mnie na oku. ;-)



W końcu, jakoś bliżej momentu rozpoczęcia imprezy zaczęto rozkładać scenę i pojawili się organizatorzy. Jupi! Poznałam panią Krystynę, z którą miałam wspólne stoisko. Robi śliczne szydełkowe torebki. :-D W kilka chwil później kręciłyśmy się we dwie po przydzielonym namiocie i ustawiałyśmy stoisko. A wyglądało ono tak:




 Niedługo po tym, jak skończyłyśmy, na scenę weszła pierwsza instruktorka i zaczął się maraton. Zdjęcia z tej części można obejrzeć tutaj: KLIK.

Ogółem poznałam sporo fajnych, pozytywnych ludzi. To na plus. Widziałam, jak wyglądają zajęcia salsy połączonej z fitnessem (przemawia do mnie bardziej niż zumba i gdyby nie stoisko, tańczyłabym pod sceną, choć jeszcze nie do końca moje klimaty). To na plus. Na minus nasza pogoda. Zimno, wietrznie, więc przemarzłam na kość.

Ale warto było. :-D




Pozdrawiam,
Wehlen